Home > Aktualności, zawody > podsumowanie I części sezonu

podsumowanie I części sezonu

Analiza to podstawa treningu wytrzymałości. Wszystko co robimy ma wpływ, trzeba dążyć do doskonałości i przede wszystkim poznawać siebie. Każdy z nas jest inny – inaczej reaguje na bodźce zarówno treningowe jak i wszelkie sprawy mające pośredni wpływ na naszą formę.

Pierwszą część roku można uznać za udaną. Poprawiłem 2 rekordy życiowe na 2 głównych dystansach. Połówkę minimalnie, ale najważniejszy Maraton aż o 1:14 sekundy, czyli na mecie byłem 400 metrów wcześniej. Nie ustrzegłem się też niestety błędów.

Zaczynając od początku, czyli od grudnia, to tam było średnio (pisałem już to podczas analizy Maratonu w Rotterdamie i przygotowań do niego). Jednak wraz z mijającym czasem patrze na niektóre rzeczy trochę inaczej – chłodniej. Trening rozpoczął się na dobre dopiero w połowie stycznia. Świetnym posunięciem był wyjazd do Kenii, gdzie mimo lekkiego i mało objętościowego treningu wprowadziłem organizm na dobry poziom.

Po zjeździe w połowie lutego nieźle pobiegłem na 10 km w biegu przełajowym, choć szału nie było, później trenowało się już dobrze.

Do Albuquerque (na przełomie lutego i marca) pojechałem już nieźle przygotowany, gotowy na porządną pracę. W Nowym Meksyku zrobiłem podstawowe treningi, jednak było to można powiedzieć „szarpane”, co spowodowały 2 przerwy, najpierw lekka kontuzja, a później przeziębiłenie.

Po górach przyzwoicie pobiegłem półmaraton w Warszawie, gdzie w trudnych warunkach poprawiłem o sekundę rekord życiowy.

Ostatnie 3 tygodnie szły już dobrze, co zaowocowało szczytem f0rmy w Rotterdamie i rekordem życiowym 2:11.20.

Teraz jak patrzę wstecz, to jestem z tego wyniku zadowolony mając w pamięci jak to zostało osiągnięte. Nasuwa się myśl, że największy wpływ na tak dobry rezultat obok oczywiście lat treningu, miała wiara w sukces i wielka motywacja, mobilizacja i wykrzesanie wszystkiego co tylko możliwe w dniu Maratonu. Ostatnie miesiące nie były udane. Potwierdziła się w tym miejscu stara prawda, że lepiej być niedoterenowanym niż przetrenowanym.

Po Maratonie, mimo, że nie uzyskałem minimum PZLA, to wierzyłem, że może jakoś wyślą mnie do Londynu. Nadzieja w końcu umiera ostatnia, szczególnie u takich optymistów jak ja. Łudziłem się do momentu kiedy Marcin Chabowski mnie przeskoczył, spadłem wtedy na 4 miejsce w polskich tabelach (co ciekawe na 10-te w europejskich), wtedy wiedziałem, że już koniec marzeń. Zrobiło się smutno, ale lepsze to niż mieć 9-ty wynik w Europie i nie jechać na Igrzyska, bo Związek tak sobie to wymyślił i zostać z najgorszeym możliwym uczuciem – bezsilności.

Wykorzystując formę po Maratonie każdy Maratończyk chce odrobić zainwestowane w przygotowania pieniądze, zarobić na kolejne. Ja w Rotterdamie nie zarobiłem nic. Kurcze… w 2010 i 2011 za mój wynik i miejsce dostałbym 5 tysięcy dolarów, tym razem zarabiała tylko pierwsza siódemka, a ja byłem ósmy.

Najpierw wystartowałem 29 kwietnia (2 tygodnie po Maratonie) w Raszynie na 10 km. Wygrałem bieg z rekordem trasy 30:20, na dużym luzie.

Później 3 maja również czułem się świetnie i wygrałem 8 km w Puławach.

13 maja na 12 km w Biegu na Krakowskiej AGH zająłem 2 miejsce z międzyczasem na 10 km nie wiele słabszym od rekordu życiowego, więc było nieźle.

19-stego startowałem jeszcze w Biegu Wokół Murów Pasłęckich- taki pół przełaj, pół bieg uliczny, czyli mój żywioł.

Wygrałem z Kenijczykiem i najmocniejszym biegaczem z Ukrainy, którzy regularnie startują u nas. Tego dnia zmęczyłem się ekstremalnie, walka była niezwykle zacięta, tempo od początku bardzo mocne. Nie czułem się jakoś rewelacyjnie, ale crossowe podłoże, liczne górki i co najlepsze – murek przypominający trochę rów z wodą, który dawał mi dużą przewagę nad rywalami. Przeszkody biegałem przez 9 lat i to jednak zostaje. Na tym odcinku trasy pokonywanym 8 razy zawsze uzyskiwałem przewagę i w tym właśnie miejscu na 600 m do mety zaatakowałem i uciekłem rywalom. Bieg ten kosztował mnie bardzo wiele. Czułem już, że paliwo z wolna się kończy, ale jest dobrze – mogę wygrywać z wymagającymi rywalami.

Kolejne wyzwanie to Półmaraton Lwa 27 maja. Tam na zaproszenie organizatora pojechałem trochę niepewny, bo to w końcu półtora miesiąca po Maratonie, ale wiedziałem, że za to mogę sporo zarobić i tak się zresztą stało.

Było bardzo ciężko, pobiegłem na słabym poziomie, w upale zostawiłem dużo sił. Miałem po tym biegu kończyć sezon, bo od połowy kwietnia tylko startuję i truchtam pomiędzy biegami, kilometraż tygodniowy nie przekroczył ani razu 90 km. Kiedyś ta forma musi uciec.

Niestety błędem był dzisiejszy start w Biegu Ursynowa na 5 km. Dałem się na niego namówić i jestem z tego powodu na siebie trochę zły. Wiedziałem, że może być kiepsko, bo zwyczajnie to już wcześniej czułem, ale 5 km to nie półmaraton, myślałem, że może coś tam jeszcze w organizmie zostało, w końcu to tylko niecałe 15 minut wysiłku, poza tym Mistrzostwa Polski w biegu na 5 km u mnie na Ursynowie. Mocno się przeliczyłem. Do 3 km jeszcze nie było źle, ale o ostatnich 2 km chciałbym już zapomnieć. Ostatecznie dobiegłem siódmy z czasem dużo słabszym od życiówki. Idzie za tym kolejna nauka, żeby bardziej słuchać siebie, polegać na doświadczeniu i odczuciach. Trener często daje dobre rady, ale nie siedzi w zawodniku. Pozytyw jaki z tego płynie, to złość którą przekuję już niedługo w jeszcze większy zapał do pracy. Nie ma też jak kubeł zimnej wody, który sam sobie dzisiaj wylałem na głowę :).

Sprawdziło się to, co jest normą – po Maratonie przez pewien okres biega się dobrze, a później jak się kończy to drastycznie. Całe szczęście zdrowie dopisuje, a to najważniejsze bo na budowanie formy jest jeszcze czas.

i udało się „odciąć” sporo podobnych kuponów jak na zdjęciu powyżej, bez czego nie da się poprawiać wyników na moim aktualnym poziomie. Na kolejny obóz klimatyczny w górach kasa już jest 🙂

Dziękuję wszystkim za doping podczas przygotowań i wszystkich startów!

Wracam do biegania w zawodach za jakieś 6 tygodni.

Be Sociable, Share!
Kategorie:Aktualności, zawody
  1. runnerka
    Czerwiec 3rd, 2012 at 03:01 | #1

    szkoda tylko,ze biegaczy wynagradza sie gorzej niz kopaczy w gdzies 3ciej lidze.1000 zl(Mariusz na zdjeciu) to niby niemało,ale tylko jakis tydzien pracy na przyzwoitym etacie.Nie mowie o kiepskim,ani dobrym,tylko przyzwoitym warszawskim etacie,ehh

  2. paweł
    Czerwiec 3rd, 2012 at 22:23 | #2

    Mariusz, co by nie mówił, jest dobrze, a przy takich postępach to jeszcze pojedziesz na igrzyska i nie będziesz musiał liczyć na niczyją łaskę! 🙂

    A motywacji do treningu to na pewno Ci nie zabraknie, bo kibice o to zadbają!! 🙂

  3. elbi
    Czerwiec 12th, 2012 at 20:36 | #3

    … A mówią że w Polsce pieniądze to temat TABU… 😉
    Mariusz bardzo Ci kibicuję już od dłuższego czasu , tak 3maj !

  1. Brak jeszcze trackbacków